Wypas inwentarza

Według wielowiekowej tradycji ludowej, hodowane w gospodarstwie zwierzęta wypasano na pastwiskach od dnia św. Wojciecha do św. Marcina. Nawet jeżeli pogoda była sprzyjająca, zazwyczaj dotrzymywano tych terminów i nie wyganiano zwierząt z zagrody wierząc, że naruszenie zwyczaju spowoduje nieszczęśliwe, bliżej nieokreślone konsekwencje, związane nie tylko z bezpieczeństwem hodowanego stada, ale i pomyślnością rodziny. Powszechne było przekonanie, że po św. Marcinie nie wolno ziemi już niepokoić, bo jest to jej czas odpoczynku. W przeciwnym razie, rozeźlona na ludzi i urażona, w przyszłym roku może wcale nie wydać plonów. Od wiosny do jesieni pasienie było codziennym zajęciem, niezależnie od pogody. Czas wypasu mógł być skrócony jedynie w ważne dni świąteczne. Dawne pastwiska były niegrodzone, wyznaczone jedynie miedzami, co wymagało ciągłej czujności, aby zwierzęta nie weszły w szkodę.

[singlepic id=349 float=center]

Wypas byków, Mazowsze. Zdjęcie: Tomasz Czerwiński.

Wypas mógł być indywidualny, prowadzony tylko dla jednego gospodarstwa, na miedzach czy przy zagrodzie, albo zbiorowy – na wyznaczonych, wspólnych wiejskich pastwiskach. Indywidualny wypas stosowany najczęściej z biedy, był nieszczęściem dla pastucha, formą wyrzucenia go ze wspólnoty wiejskiej. Pasieniem zajmowali się synowie właściciela bydła, często także ludzie starzy lub pracownicy najemni. Stosunki między młodzieżą a starymi pasterzami układały się zazwyczaj bardzo dobrze. Stary człowiek udzielał rad i wskazówek, snuł różne opowieści o strachach, opowiadał bajki i legendy, pokazywał jak robić kije pasterskie, lenić fujarki, podbierać kartofle, rozkładać ognisko i przekazywał wiele innych praktycznych umiejętności. Młodzież i dzieci słuchali z wielkim zainteresowaniem, a w zamian pilnowali i zawracali zwierzęta, aby nie weszły w szkodę.

[singlepic id=350 float=center]

Wypas gęś, Mazowsze. Zdjęcie: Tomasz Czerwiński.

Prawie każde dziecko wiejskie spędziło jakiś czas na pasieniu, twierdzono bowiem, że jest to szkoła życia i aby być dobrym gospodarzem, trzeba wdrażać się do różnych zajęć niemal od urodzenia. Zazwyczaj do pasienia angażowano chłopców, córki zostawały natomiast w domu do pomocy matkom, z wyjątkiem rodzin nie posiadających potomstwa płci męskiej. Często już małe, zaledwie 4-letnie dzieci z rodzin biedoty wiejskiej oddawano do bogatych gospodarzy w celu pasienia gęsi, za co otrzymywały zwykle wyżywienie, zgrzebną koszulę na grzbiet, rzemień do przewiązania i kąt do spania. Pastuchami od krów mogły być dzieci od siódmego roku życia, a końmi mogli opiekować się chłopcy powyżej 14 lat. Pasterze mieli różne określenia w zależności od tego, co w danym czasie paśli. Byli oni od drobiu czyli kaczek i gęsi lub gęsiarki tylko od gęsi. Pastuchów od świń zwano też świniarczykami, od konikoniarzami. Byli też pasterze od cieląt oraz od krów i wołów. Jeżeli z gospodarstwa wypędzano bydło i konie wraz ze świniami, a nawet gęsiami na pastwisko, to nie wystarczał jeden pastuch. Z zagrody wyruszała wtedy cała czeredka, a przy chacie zostawali tylko malcy.

[singlepic id=351 float=center]

Wypas koni, Mazowsze. Zdjęcie: Tomasz Czerwiński.

Kłopotliwe było pasienie świń, które często siały na pastwiskach duże spustoszenie kopiąc doły, więc świniarczykowie musieli się za nimi nieustannie uganiać. Również niektóre krowy były charakterne i jeśli miały okazję, natychmiast wchodziły w szkodę na czyjeś pole. W trudniejszej sytuacji pyli pasterze koni. Zwierzęta te w dzień musiały pracować, a na pastwiska wyganiano je wieczorami, pętając nogi, aby nie mogły daleko się oddalić. Podrostki spędzały tam z nimi całe noce, posypiając nieco na rozłożonym worku z uzda pod głową.

[singlepic id=352 float=center]

Wypas krów, Mazowsze. Zdjęcie: Tomasz Czerwiński.

Codzienny czas wypędzania zależał od pory roku. Najwcześniej, bo jeszcze przed wschodem słońca, wypędzano zwierzęta w lecie. Nazywano to pasieniem na rosę, korzystne ze względu na brak bąków i much. Przed największym skwarem południowym następował powrót z pastwiska, a po obiedzie i południowym udoju powtórnie zwierzęta wyganiano, aż do zachodu słońca. Wiosną i jesienią poranny wymarsz odbywał się odpowiednio później. Jeżeli pastwisko znajdowało się w znacznej odległości od zagrody, zwierzęta pozostawały tam przez cały dzień, a gospodyni w południe przybywała ze skopkiem w celu wydojenia krów. Jeżeli w pobliżu pastwiska była woda, to zwierzęta w trakcie wypasu przeganiano do wodopoju. W przeciwnym razie pojenie odbywało się na podwórzu zagrody, przy studni.

[singlepic id=353 float=center]

Wypas owiec, Mazowsze. Zdjęcie: Tomasz Czerwiński.

Pasienie bydła nie było lekką pracą. Wymagało ciągłej uwagi, aby zwierzęta nie weszły w szkodę, nie zawsze też dopisywała pogoda. W przypadku wypasu pojedynczych sztuk bydła, pastuch prowadził krowę uwiązaną na postronku po rowach i miedzach. Najprzyjemniejszy i najszczęśliwszy dla pastuszków był czas wczesną wiosną, i jesienią od dnia św. Michała, po zbiorach, kiedy zwyczajowo przestawały obowiązywać granice w postaci miedzy, a zwierzęta mogły paść się nie tylko na pastwiskach, ale i na łąkach kośnych, ścierniskach i polach uprawnych.

O wołach

Woły przez wieki cieszyły się poważaniem mieszkańców dawnej wsi. Te silne, potężne, powolne i łagodne, bo wykastrowane byki używano dawniej powszechnie do prac polowych oraz w transporcie. Szacunek dla wołów tłumaczono faktem, że zwierzęta te mają specjalne względy nawet w niebiosach, na potwierdzenie czego przytaczane były różne legendy. Wół znajdował się w stajence betlejemskiej, będąc świadkiem narodzin Jezusa. To właśnie on ogrzewał swoim oddechem Dzieciątko i pomagał Świętej Rodzinie. Jedynie woły mogły rozpoznać Matkę Boską, wędrującą z Dzieciątkiem i samego Jezusa, chodzącego w przebraniu po świecie. Wierzono, że woły – znające zasady wiary chrześcijańskiej – potrafiły odróżnić prawdziwą wiarę i jej wyznawców, a także odpowiednio ich uszanować.

Powszechnie wierzono, woły są czystymi stworzeniami i jako takie stoją na straży moralności. W ludowych opowieściach wół zaczyna przeraźliwie ryczeć i walić głową o ścianę, by odwieść gospodynię od występku, gdy ta pod nieobecność męża chce go zdradzić. Zwierzęta te same też nie chciały uczestniczyć w nieczystych działaniach – odmawiały przewiezienia kradzionego zboża lub siana, przewracając się przy każdej okazji. Wierzono, że woły przywiązywały się do swojego gospodarza, chorowały w czasie kiedy on chorował, a zdychały z tęsknoty, kiedy po śmierci właściciela nie zostały o tym w specjalny, obrzędowy sposób powiadomione. Podobno woły chętnie pomagały człowiekowi i ratowały w chwilach opresji, na przykład broniąc przed wilkami, wężami czy przed utonięciem. Jedna z opowieści nawiązuje do wiary w mowę zwierząt w noc wigilijną. Pewien gospodarz – srogi dla swoich wołów, poszedł do obory i usłyszał, jak narzekają na ciężką pracę. Nawet świąt nie będą miały wolnych, gdyż muszą pociągnąć sanie z trumną swego pana na cmentarz. Gospodarz, przerażony tą wróżbą, rzeczywiście zmarł ze strachu na progu obory.

W XIX wieku miejsce wołów w gospodarstwie stopniowo przejmowały konie, chociaż w niektórych gospodarstwach hodowano je jeszcze nawet w okresie międzywojennym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *