Gdy św. Jan łąkę zrosi, to chłop siano kosi

Bardzo ważnym świętem w polskiej tradycji ludowej był dzień św. Jana Chrzciciela, przypadający 24 czerwca. Na ten dzień dekorowano wszystkie kapliczki św. Jana zielenią, kwiatami i wieńcami i nieważne było, czy jest to Chrzciciel czy prawie równie popularny św. Nepomucen. W religijności ludowej św. Jan sprawował szczególną opiekę nad wodami. Przed dniem jego święta surowo zabronione było zażywanie kąpieli w rzekach, a złamanie zakazu mogło wywołać dalekosiężne nieszczęścia, zwłaszcza utonięcia lub paraliż. Wierzono, że przed św. Janem woda jest nieczysta i są w niej szkodliwe dla człowieka robaki. Według wierzeń, w wodach mieszkały różne demony wodne i dopiero św. Jan sprawiał, że przestawały być groźne dla ludzi. Poza tym Jan Chrzciciel jest patronem mnichów, wielu zakonów, pasterzy i stad bydła, krawców, kowali, rymarzy i kuśnierzy, abstynentów, dziewic i niezamężnych matek oraz skazanych na śmierć. Jest patronem wielu państw, miast i parafii. Przyzywany był podczas gradobicia i w chorobach epilepsji. Do św. Jana zwracano się przy magicznym zamawianiu podczas leczenia, wymawiając formułkę: Stój krew w ranie, jak pan Jezus w Jordanie, gdy św. Jan chrzcił.

[singlepic id=291 float=center]

Kapliczka św. Jana w Zawoi. Zdjęcie: Tomasz Czerwiński.

[singlepic id=292 float=center]

Kapliczka św. Jana w Zawoi. Zdjęcie: Tomasz Czerwiński.

Dzień św. Jana, a właściwie poprzedzającą go noc obchodzono w sposób wyjątkowy, ponieważ była to pora letniego przesilenia słońca. Kończył się najdłuższy dzień w roku i najkrótsza noc, a więc był to czas pełen magicznych znaków i wydarzeń, kiedy świat zmarłych najbardziej zbliżał się do świata żywych, demony mogły przenikać do otoczenia ludzi, czarownice odprawiały nasilone praktyki. Tej nocy dziewczęta starały się przeniknąć przyszłość i zapewnić szczęście małżeńskie, puszczając z nurtem rzek wianki. Wianek wyłowiony przez kawalera oznaczał szybkie zamążpójście, odpływający daleko – późniejszy ślub, a zaplątany w szuwary albo tonący zapowiadał staropanieństwo. Życiodajnej siły nabierał ogień, rozkładany w postaci licznych ognisk. Miał odpędzać zło, oczyszczać, odstraszać nieczyste siły, ogrzewać dusze przybywające z zaświatów, a nawet zabezpieczać przed powodzią i gradem. Wierzono, że uczestnikowi sobótkowych tańców, skoków przez ogień i innych swawoli nie może przez cały rok stać się nic złego. Niezwykłej mocy ochronnej i uzdrawiającej nabywały zioła, zrywane bardzo wcześnie w dzień św. Jana.

O sianokosach

Ważnym czasem dla mieszkańców rolniczych terenów były sianokosy, ponieważ od ich pomyślności zależał los dobytku w zagrodzi. Dawniej trawę koszono ręcznie i od niepamiętnych czasów używano do tego celu kosy. Trawy dojrzewały do pierwszego koszenia zazwyczaj w czerwcu, więc około dnia św. Jana po wsiach rozlegał się dźwięczny stukot ostrzonych kos. Niegdyś powierzchnię łąki określano nie przy pomocy hektarów, lecz przy pomocy ilości kośników koniecznych do skoszenia danej łąki w ciągu jednego dnia. Jeden dobry kośnik mógł w ciągu jednego dnia skosić 0,5 ha, określenie to było jednak nieprecyzyjne, ponieważ możliwości kosiarzy bywały różne. Kośnik doświadczony, który lepiej pracował kosą i przede wszystkim potrafił ją dobrze naostrzyć, był bardziej wydajny niż początkujący.

[singlepic id=294 float=center]

Sianokosy na polu w Woli Wierzbowskiej na Mazowszu. Zdjęcie: Tomasz Czerwiński.

[singlepic id=296 float=center]

Zwózka siana. Zdjęcie: Tomasz Czerwiński.

Pracę na łąkach rozpoczynano wcześnie rano, wkrótce po wschodzie słońca, ponieważ trawy najlepiej kosiło się po rosie. Koszeniem zajmowali się wyłącznie mężczyźni, ale już do późniejszej pracy – rozrzucania pokosów, przewracania siana, aby dobrze wyschło, grabienia i formowania w kopki ruszali wszyscy, łącznie z dziećmi. Zajęcie to nie było bardzo ciężkie, ale żmudne i czasochłonne. Do rozrzucania pokosu i grabienia używano drewnianych grabi. Po przesuszeniu siana najpierw składano je w niewielkie kopki, a później przy pomocy dwuzębnych wideł w większe stogi. Kiedy już dobrze wyschło, zwożono siano wozami do stodoły lub składano je w brogach. Bróg był to czterospadowy lub dwuspadowy daszek na czterech słupach, o regulowanej według potrzeb wysokości, a czasami miał również częściowo lub całkowicie obite deskami ściany.

[singlepic id=293 float=center]

Pusty bróg na Podlasiu.

[singlepic id=290 float=center]

Bróg ze słomą. Zdjęcie: Tomasz Czerwiński.

Udany zbiór i dobrze wysuszone siano w dużym stopniu decydowały o kondycji gospodarstwa, dlatego przy zagrożeniu deszczem lub burzą, nawet w niedziele i święta, wszyscy biegli do siana, aby uratować je przed zmoczeniem. Na niektórych łąkach nie można było wozić siana, bo wóz i konie grzęzły w podmokłym gruncie. Tam rolnicy przenosili siano do stogu na plecach lub ściągali przy pomocy łańcucha, którym opasywali kopę i przeciągali w wybrane miejsce. Dopiero w zimie, kiedy mróz skuł ziemie, takie siano przewożono do zagrody.

Deszcze świętojańskie

W tradycji ludowej deszcze i burze, przechodzące w czasie sianokosów, nazywano deszczami świętojańskimi. Mianem świętojanki określano przybór wód w rzekach wskutek dreszczów około św. Jana. Mieszkańcy terenów nadwiślanych powtarzali przysłowie z tym związane: Na św. Jana bywa Wisła wezbrana. Łąki nadrzeczne zazwyczaj były podmokłe. Trawy rosły tam bujnie, ale zbieranie siana było utrudnione, ponieważ wóz i konie grzęzły z podmokłym gruncie. W niektórych latach padały obfite deszcze i świeżo skoszone pokosy trawy zalewała woda. W takich przypadkach ludzie wyciągali z wody skoszoną trawę, przenosili ją na miejsca wyżej położone i tam suszyli.

Jak błazen wykręcił się sianem

Zięba, błazen króla Zygmunta Augusta, zaprosił niegdyś liczne towarzystwo do gospody. Kompania, ciesząc się ze znalezienia hojnego sponsora, obficie jadła, a jeszcze lepiej piła. W trakcie najlepszej zabawy błazen zapowiedział, że pokaże sprytny figiel. Posłał pachołka po okazałe naręcze siana, z którego zaczął kręcić powrósło. Początek dał to trzymania karczmarzowi. Wśród śmiechów zebranych dobierał siana i wydłużał powstający sznur, aż zbliżył się do drzwi. Kiedy znalazł się na zewnątrz gospody, dał koniec powrósła do trzymania pachołkowi z wytłumaczeniem, że sam pobiegnie szybko po konieczny medykament do apteki i szybko wróci.

Karczmarz i pachołek stali, trzymając powrósło, a towarzystwo – śmiejąc się z pozornej bezsensowności figla – wróciło do biesiadowania. Czas mijał, a błazen nie wracał. Gdy w końcu karczmarz zorientował się, że błazen uciekł nie regulując rachunku, wymusił na zaproszonych przez Ziębę gościach, aby oni zapłacili za posiłek i wypite trunki. I tak goście musieli opróżnić kiesy, a  sam pomysłodawca zabawy wykręcił się sianem.

Przysłowia, powiedzenia i zagadki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *